na wernisaż wystawy finałowej
projektu INSPIRUJĄCE SPOTKANIA,
której otwarcie odbędzie się 20 kwietnia 2013 o godz. 13.00
w Ermitażu, ul. Myśliwiecka 1a.
Wystawa otwarta będzie w dniach
21 kwietnia - 5 maja 2013.
//Gdzie jest człowiek, tam jest i sztuka//
Cytując za Stanisławem Witkiewiczem i starając się odnaleźć tę sztukę, spotkaliśmy się w Muzeum Łazienki Królewskie na cyklu warsztatów artystycznych, które miałam przyjemność prowadzić z grupą dojrzałych i bardzo twórczych ludzi.
Projekt "Inspirujące Spotkania" stał się częścią pięknej przygody poznawania własnych możliwości twórczych, próbą osobistego odczytania historycznego miejsca i związanych z nim historii.
Owocem naszych poszukiwań i zdobytej wiedzy jest kolekcja ciekawych, wrażliwych i bardzo interesujących prac prezentowanych na wystawie w Ermitażu w dniach 21.04 -5.05.2013.
W ramach projektu "Podróże Pani Batowskiej", który realizujemy obecnie przy wsparciu Akademii Orange, biblioteczka pani Batowskiej w towarzystwie Agaty Pietrzyk i Agnieszki Doniec wyruszyła na warsztaty dla dzieci i muzealników w Ciechanowie.
Więcej o projekcie i innych podróżach przeczytacie na BLOGU.
Fotografie: Tomasz Łaptaszyński (http://laptaszynski.com)
Głównym bohaterem dzisiejszego tekstu będzie element kobiecej garderoby, który do dziś budzi skrajne emocje. W XVI wieku stał się atrybutem wytwornej damy, a w XIX wieku nie wyobrażano sobie, by jakakolwiek przyzwoita kobieta się bez niego pokazała. Pozwalał on dopasować sylwetkę kobiety do modnego aktualnie fasonu sukni, kształtując dowolnie brzuch, talię i biust. Po I wojnie światowej został ostatecznie wyparty przez wynaleziony w 1914 roku biustonosz, stając się symbolem kobiecości zniewolonej.
Najbardziej stereotypowym gorsetem jest ten z przełomu XIX i XX wieku. Konstrukcja jego była bardzo skomplikowana i pozwalała na osiągnięcie wymarzonej wąskiej talii, najczęściej kosztem zdrowia, o czym przypominali lekarze i rysunki takie, jak ten:
Niestety, zgodnie z zasadą, że dla urody trzeba cierpieć, wiele kobiet nie zważało zdrowotne konsekwencje noszenia gorsetu (nawet podczas ciąży!), a pokusa posiadania talii o minimalnym obwodzie była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Jedną z najsłynniejszych posiadaczek „talii osy”, a właściwie skrajnego jej przykładu, była francuska piosenkarka Polaire (1874-1939) – chętnie prezentowała się w gorsecie, dzięki któremu obwód jej pasa wynosił tylko 41 (!) centymetrów.
Chociaż gorset stał się dla wielu metaforą społecznego zniewolenia kobiety dziewiętnastowiecznej, spętanej konwenansami, lekceważonej intelektualnie, postrzeganej wyłącznie z męskiego punktu widzenia i od mężczyzny uzależnionej, to trzeba powiedzieć, że z praktycznego punktu widzenia gorsety dziewiętnastowieczne wcale nie były tymi najciaśniejszymi i najbardziej nienaturalnymi.
Gorsety te zgadzały się chociaż mniej więcej z kobiecymi kształtami i nie spłaszczały biustu. Gorsety siedemnasto- i osiemnastowieczne, zwane w Polsce sznurówkami, pętały kobiecy tułów znacznie bardziej rygorystycznie, nadając mu kształt zbliżony do stożka. Łukasz Gołębiowski, cytowany przez mnie wielokrotnie w poprzednich tekstach, sznurówkę definiował tak:
(...) kaftanik kobiecy do sznurowania, rogami i żelazkami przekładany; męczono je tym sposobem od dzieciństwa, co zdrowiu nader było szkodliwe. Sznurowadłem, czyli sznureczkami na krzyż od ramion aż do końca stanu je ściskano.
A tak wyglądać mogły gorsety opisane przez Gołębiowskiego (pochodzą one z lat 60. XVIII wieku – w środku gorsecik dla małej dziewczynki):
Zachowane gorsety z trzeciej ćwierci osiemnastego wieku charakteryzują się tym, że nie muszą nawet wisieć na manekinie, by zachować swój kształt – są niezwykle sztywne! (poniżej: gorset datowany na lata 1770-80)
Talię stożkowatą prezentowały więc damy z czasów Augusta II, Augusta III i początków panowania Stanisława Augusta:
Dopiero połowa lat 80. XVIII wieku i zjawisko „anglomanii” w modzie, przyniosło pewne rozluźnienie „sznurówek”, które w owym czasie prezentowały się już o wiele bardziej „humanitarnie”.
W drugiej połowie lat 90. XVIII wieku miała miejsce rzecz absolutnie niesłychana – kobiety, przynajmniej te odważne i o dobrej sylwetce, pozbyły się gorsetu na jakieś 10 lat, hołdując modzie w stylu antycznym – białym, lekkim sukniom o podwyższonym stanie, gołym łydkom i sandałkom noszonym na bose stopy. Niestety, noszenie gorsetu wkrótce znów stało się obowiązkowe, a na pełne uwolnienie się od niego kobiety musiały poczekać jeszcze 100 lat.
‘Les avantures de Telemaque, fils d’Ullyse’, wydana w Paryżu w 1719 roku, jedna z najpopularniejszych powieści Oświecenia.
Wybraliśmy muzea z województwa mazowieckiego, do których podróżować będzie biblioteczka pani Batowskiej w ramach projektu, który realizujemy z Akademią Orange:
Muzeum Mazowsza Zachodniego (Żyrardów)
Muzeum w Nieborowie i Arkadii, Oddział Muzeum Narodowego w Warszawie (Nieborów)
Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku (Orońsko)
Muzeum im. Oskara Kolberga w Przysusze, oddział Muzeum Wsi Radomskiej w Radomiu (Przysucha)
Muzeum Szlachty Mazowieckiej w Ciechanowie (Ciechanów).
Więcej o projekcie: http://podrozepanibatowskiej.wordpress.com/
Podczas ostatnich Obrazów czwartkowych nasza wolontariuszka Agnieszka postawiła przed nami ciekawe zadanie. Mieliśmy naszkicować obraz zgodnie ze wskazówkami sporządzonymi na wzór tych, jakie dawał Stanisław August. Król zwykł instruować swoich malarzy i dawać im konkretne instrukcje co do kształtu przyszłych dzieł.
Doświadczenie było inspirujące i stało się punktem wyjścia do wielu dyskusji i przemyśleń. Rozmawialiśmy m.in. o tym, czy malarz był w stanie przenieść na płótno teoretyczne wskazówki króla, który z pewnością miał swoją, bardzo konkretną wizję dzieła (sam przecież próbwał swoich sił w sztukach plastycznych, miał wyrobiony gust i autorytet mecenasa).
Zadanie było też wyzwaniem dla tych wszystkich, którzy zawsze mówią, że nie potrafią malować, że nie znają się na sztuce...
W trakcie zajęć po raz kolejny okazało się, że o sztuce można rozmawiać nie tylko w gronie specjalistów. Obrazy czwartkowe udowadniają, że wizyta w galerii to także czerpanie radości ze wzajemnego spotkania, a może nawet przełamywanie pewnych granic, odkrywanie czegoś nowego, sposób by uwierzyć w siebie...
Zapraszamy na kolejne spotkania w marcu i kwietniu.
A Wy spróbujecie podjąć wyzwanie i namalować obraz według królewskich wskazówek? Oto one:
Chciałbym widzieć według szkicu ołówkowego bażanta wiszącego za nogę w spiżarni wraz z jakimś mniejszym ptakiem na stole, z kotem, który zdaje się do niego skradać, szklankami i innymi naczyniami kuchennymi, okienkiem zakratowanym w tle.*
Kobiety osiemnastowiecznie portretowały się w negliżu równie chętnie co ówcześni mężczyźni w robe de chambre. Słowo „negliż” oznaczało jednak wówczas zupełnie co innego niż dziś, kiedy to mówiąc o kimś, że jest „roznegliżowany” mamy na myśli(w najlepszym razie!) to,że jest niekompletnie ubrany. W XVIII wieku przeciwnie – negliż był strojem jak najbardziej kompletnym, choć nieformalnym.W książce Łukasza Gołębiowskiego pt. „Ubiory w Polszcze od najdawniejszych czasów aż do chwil obecnych sposobem dykcyonarza ułożone i opisane” definicja negliżu brzmi następująco: Ubiór domowy, niestrojny i czepek skromniejszy tak nazywano. Z czasów Stanisława Augusta. Definicję tę ilustruje wspaniale, przynajmniej w moim odczuciu, francuska rycina z „Galerie des modes”:
W bardzo podobnym stroju (tylko bez czepka) namalował Per Krafft Izabelę z Czartoryskich Lubomirską
Tymczasem współcześni badacze mają tendencję do tworzenia nieco węższej definicji negliżu, określając go jako suknię poranną, natomiast wszelkie inne ubiory domowe i spacerowe określają mianem deshabillé. I znów można się zagubić w gąszczu terminologicznym, wygląda bowiem na to, że według Gołębiowskiego negliż i deshabillé oznaczają to samo:
Desabilka, z francuskiego negliż damski. Suknia atłasowa, materyalna lub inna gładka miała z mniejszą wytwornością i nie tak strojno zrobiona. W niej poufalsze tylko przyjmowano osoby. Ubiór to z czasów Stanisława Augusta.
Bez względu na to, czy nazwiemy ją negliżem, czy deshabillé, suknia domowa odegrała swoją rolę w kulturze oświecenia. Stała się atrybutem kobiety wykształconej i w pewnym sensie także wyzwolonej. Stało się tak z pewnością za sprawą The Blue Stockings Society - kobiecego ruchu intelektualnego zapoczątkowanego w latach 50. XVIII wieku w Londynie przez Elisabeth Montague i inne angielskie intelektualistki. Blue Stockings, czyli błękitne pończochy, od których swą nazwę wziął ów ruch, były to pończochy codzienne, wełniane noszone właśnie do sukien domowych. W takich właśnie sukniach niezobowiązujących, wygodnych, noszonych często bez gorsetu, wykształcone damy przyjmowały w prowadzonym przez siebie salonie przeróżnych literatów, uczonych i artystów. Jeszcze w wieku dziewiętnastym wybitne i niezależne kobiety nazywano „błękitnymi pończochami”.
Przekaz kulturowy jaki związany był z suknią domową szybko zadomowił się także w sztuce. Powstawało wiele portretów okazujących damy w strojach domowych jakby oderwane na chwilę od lektury książki trzymanej w delikatnej rączce, czy spoglądające zalotnie zza arkusza z nutami. Nawet jeśli portretowano panie bez rekwizytów mających świadczyć o ich wykształceniu, to i tak suknie domowe były z perspektywy malarza niezwykle wdzięcznym strojem. Po pierwsze, dzięki nim obraz nabierał bardziej intymnego charakteru, czego przykładem może być portret Magdaleny Agnieszki z Lubomirskich Sapieżyny:
Po drugie, wystarczyło dodać kilka rekwizytów, by biała suknia domowa z powodzeniem nawiązywała do strojów antycznych – ten właśnie manewr wykonał Bacciarelli, portretując Katarzynę Gattai Tomatis jako Muzę:
W ostatnim dziesięcioleciu osiemnastego wieku suknie wywodzące się z negliżu stały się tak popularne, że noszono je nie tylko w domu, czy na spacerach, ale nawet w sytuacjach oficjalnych. To jednak już zupełnie inna historia.
W poprzednim poście przyglądaliśmy się toalecie osiemnastowiecznych elegantów w interpretacji twórców filmu „Niebezpieczne związki”. Możemy tam zobaczyć codzienną drogę „od szlafroka do stroju oficjalnego” , jaką przechodzili z pomocą służących modni dworzanie. Czy jednak strój oficjalny był jedynym, w jakim wypadało się pokazywać innym? Otóż nie! Istniały stroje domowe i nieformalne, które bez skrępowania można było nosić w obecności gości, co więcej – bardzo chętnie się w nich portretowano.
Klasyfikacja strojów domowych okazała się, przynajmniej z mojej perspektywy, dość trudna. Zagłębianie się w definicje współczesnych badaczy dość poważnie namąciło mi w głowie – według jednych szlafrok był tym samym, co robe de chambre, według innych – noszono go w zupełnie innych okolicznościach i na co innego. Podobnie zagmatwana okazała się sprawa damskich ubiorów tego typu – o nich jednak napiszę nieco więcej w przyszłym tygodniu. Wobec tych wszystkich wątpliwości postanowiłam sięgnąć do źródła najbardziej zbliżonego czasowo do interesującej nas epoki, a więc do książki pt. „Ubiory w Polszcze od najdawniejszych czasów aż do chwil obecnych sposobem dykcyonarza ułożone i opisane” autorstwa Łukasza Gołębiowskiego. Źródło to powstało co prawda już w wieku XIX (wydane zostało w roku 1830), jednakże jego autor urodził się w 1773 roku, a od 1791 przebywał w Warszawie, był więc świadkiem ostatnich lat rządów Stanisława Augusta.
A oto definicje Gołębiowskiego:
„Szlafrok, szlafroczek, nocna jakoby suknia, której używać zwykli nim się spać położą, albo mając wstać zrana i pokąd się nie weźmie dziennego ubioru. Męzkie i kobiece bywają szlafroki, letnie i zimowe.” Czy w takim razie szlafrok był strojem, w którym przyjmowano, leżąc jeszcze w łóżku, pierwsze poranne wizyty? Jeśli tak, to możliwe, że noszono go na koszulę nocną…
„Robdeszan. Suknie do własnych tylko pokoi, nie do wychodzenia w niej lub wyjeżdżania.” Ta definicja jest, niestety, dość ogólna – nie wspomina nawet o rzeczy, co do której współcześni kostiumologowie są zgodni, a więc o tym, że robe de chambre, była przeznaczonym dla mężczyzn, długim, luźnym ubiorem o kimonowym kroju, często podbijanym futrem. Pod spód zakładano właściwie to samo, co pod szustokor bądź habit, czyli spodnie do kolan (culottes), koszulę, a niekiedy także kamizelkę. Na głowie, zamiast peruki, noszono do niego niekiedy różnego rodzaju czapki, często o charakterze orientalnym. Ponieważ robe de chambre była strojem przeznaczonym m.in. do przyjmowania w domu nieoficjalnych wizyt, wykonywano ją z kosztownych i pięknych tkanin jedwabnych. Dzięki temu do dziś w muzeach można oglądać pięknie zachowane przykłady osiemnastowiecznych strojów tego typu:
Robe de chambre to ubiór szczególnie doceniany przez malarzy. Układał się w malownicze fałdy, ponadto służył podkreśleniu intymnego, domowego charakteru portretu – w takim to stroju panowie często oddawali się pracy umysłowej, co stanowiło kolejny element wymowy portretu. Urok robe de chambre pełnej krasie możemy oglądać w na namalowanym przez Bacciarellego „portrecie Stanisława Augusta z klepsydrą”.
Innym portretem króla w domowym, nieformalnym stroju, jest „Portret Stanisława Augusta w szlafroku” Lampiego
No właśnie, czy aby na pewno Stanisław August został przez Lampiego sportretowany w szlafroku? A może król ma na sobie robe de chambre? Z tym pytaniem zostawiam Was do przeszłego tygodnia.
Dziś na warsztatach "Inspirujące spotkania" było dużo artystycznego ruchu. Na szczęście spalone kalorie można (szybko!) uzupełnić, robiąc PĄCZKI wg przepisu królewskiego kucharza:
Weź drożdży w wodzie dobrze wymoczonych kwartę 1, mąki
przedniej kwartę 1, mleka słodkiego kwaterkę 1. To wszystko rozczyń w rondlu i
dobrze wymięszaj, postaw w miejscu ciepłym i cichym, gdzie by wiatr nie
ciągnął. Gdy takowe ciasto dobrze podejdzie ,weź drugi rondel, ażeby w niego 30
do 40 żółtków jaj świeżych wlazło, masła czysto sklarowanego, ciepłego, ale nie
gorącego kwaterkę jedną.
Rozbij to mocno i nad wolnym ogniem lub też na pieczysku
przez czas krótki postaw tak, ażeby się tylko żółtka rozgrzały, mieszając jak
najmocniej i dając baczenie, by się z tego jajecznica nie zrobiła. Potym weź
tłuczonego cukru ćwierć funta, któren przed tłuczeniem natrzesz skórą od
cytryny, cynamonu za groszy trzy ;i takowy utłuczony cukier z cynamonem w
żółtka wrzucisz.
Wymięszaj dobrze i to wszystko wlejesz do ciasta rozczynionego
które już dobrze podeszło. Wymięszasz ciasto należycie, do którego przysypiesz
jeszcze mąki garniec jeden, dobrze znowu zmięszaj, tak, żeby licząc z pierwszą kwartą
mąki, wziętej do rozczynu całej masy nie było więcej jak kwart pięć. Takowe
ciasto, łyżką przewracając, przykryj i postaw w ciepłym miejscu, ażeby znowu
podeszło, a gdy już dobrze narośnie, weź wałek drewniany, którym pół godziny przynajmniej
wybijaj to ciasto tak, ażeby najmniejszej w nim nie było krupki. W tym sposobie
mając przygotowane ciasto, posypiesz stół mąką, włóż nań ciasto i wałkiem rozwałkuj
kuchennym na ćwierć cala grubości i pilnuj, by na wierzchu rozwałkowanego
ciasta mąki nie było. Wyrzynaj na pączki z ciasta kręgi dużą szklanką. Gdy na
jednym krągu ciasta położysz powideł lub konfitur, przykryj drugim krągiem tak,
ażeby zwierzchnia część krągu z spodnim się sklepiała. Gdy tak masz złożone,
weź mniejszą od pierwszej szklankę i przyciśnij te już złączone krągi, będące z
powidłami lub konfiturami, przez co obie połowy dobrze się z sobą zamkną czyli
zlepią; i tak dalej postępuj, póki ci masa wystarczy. Takowe surowe pączki
kładź na przetaku i w ciepłym postaw miejscu, uważając, aby nie przerosły .Weź
potym podostatek masła, przeklaruj go dobrze, a gdy dobrze zawre, kładź w nie
tyle pączków, ile się ich w jeden rząd zmieści, które w smażeniu gdy dobrze
zarumienieją, wyjmuj je i składaj w naczynie, dobrze przykrywając, ażeby nie
ostygły, i wydaj je na stół.
Z książki Kuchnia na sześć osób podług przepisów JP
Tremona, pierwszego kuchmistrza Stanisława Augusta króla polskiego
Zapraszamy do projektu „Podróże Pani Batowskiej”
pozawarszawskie muzea z województwa mazowieckiego.
Nabór trwa do 15 lutego 2013.
Wszystko zaczęło się od
XVIII wiecznej biblioteczki podróżnej hrabiny Doroty Batowskiej, przechowywanej
w Łazienkach Królewskich. Jej współczesna replika wypełniona nowoczesnymi
nośnikami dźwięku i obrazu będzie wędrować po muzeach na Mazowszu wraz z
animatorami kultury związanymi z Łazienkami. Zapraszamy do wspólnej podróży!
W projekcie weźmie udział
5 pozawarszawskich MUZEÓW wyłonionych w otwartym naborze. W każdej z placówek
odbędą się warsztaty dla
DZIECI/MŁODZIEŻY (do 15 lat) z okolicznej szkoły. Zajęcia będą przenosiły w
świat kultury XVIII wieku przy użyciu repliki zabytkowej biblioteczki
podróżnej, wypełnionej elementami poruszającymi zmysły, z udziałem nowych
technologii. Na zakończenie projektu dzieci
będą zaproszone do przyjazdu do Warszawy na drugą część warsztatu w
oryginalnej XVIII wiecznej scenerii Łazienek. Finałem projektu, zgodnym z ideą
podróży, będzie opowieść o wizycie w
Łazienkach realizowana przez dzieci w 5 miejscowościach w ramach Tygodnia
Akademii Orange.
Równolegle projekt
adresowany jest do MUZEALNIKÓW. W każdej z 5 placówek przeprowadzona zostanie wizyta-rekonesans, podczas której
wspólnie z animatorami kultury muzealnicy określą swoje zasoby. Ich muzeum zostanie sfotografowane przez
młodych fotografów, a pracownicy staną się bohaterami
wywiadu dotyczącego potencjału edukacyjnego w ich ośrodku. Wezmą też udział
w warsztatach z dziećmi odbywających się na terenie ich placówki. Na
zakończenie projektu muzealnicy spotkają
się w Warszawie na warsztatach przygotowanych specjalnie dla nich przez
Muzeum Łazienki Królewskie.
Ostatnio poświęciłam się obowiązkom studenckim ze szkodą dla "Mody malowanej" - opuściłam aż dwa tygodnie, za co bardzo Was przepraszam. Z tego samego powodu dzisiejszy tekst będzie dość krótki i pozbawiony właściwie odniesień do źródeł z epoki. Zamieszczam za to fragment filmu "Niebiezpieczne związki" z 1988 w reżyserii Stephena Frearsa. Film ten został nagrodzony kilkoma Oscarami, między innymi za najlepsze kostiumy. I właśnie ze względu na kostiumy pozwalam sobie potraktować ten fragment jako kontekst do ostatniego tekstu dotyczącego elegancji króla Stanisława Augusta. Zobaczmy jak mogła wyglądać poranna toaleta osiemnastowiecznych elegantów.
Oczywiście w powyższym fragmencie cały żmudny proces codziennego "szykowania się" przedstawiony został w skrócie - w rzeczywistości zajmował on 2-3 godziny, więc twórcy filmu musieli sporo rzeczy pominąć, a sporo tylko zasygnalizować, aby zmieścić się w dwóch minutach.Dodam jeszcze, że noszone przez aktorów kostiumy wzorowane są na strojach z lat 50. XVIII wieku i jest to typowa moda à la francaise, w okresie swego największego rozkwitu.
A teraz omówię ów fragment krok po kroku, dorzucając do tego swoje zachwyty i wątpliwości. By zachować chronologię z filmu, omawiać będę na zmianę to, co się dzieje z markizą de Marteuil (w tej roli Glenn Close) i wicehrabią de Valmont (John Malkovich).
1. Markiza "wdzięczy się" do lustra i rozczesuje włosy. Ma na sobie szlafrok narzucony na koszulę (być może nie jest to nawet szlafrok, lecz "negliż", choć negliż wbrew nazwie powinien być zapięty i nie odsłaniać koszuli)
2. Wicehrabia budzi się. Służący przygotowuje mu kąpiel (albo bohater był niezwykle dbającym o higienę mężczyzną, albo twórcy filmu nie chcieli zszokować współczesnego odbiorcy - w osiemnastym wiku codzienne "mycie się" ograniczło się do umoczenia czubków palców w wodzie różanej, kąpieli natomiast zażwano niezwykle rzadko, najczęściej do wody dodawano wtedy specjalne ingrediencje i traktowano ją jako leczniczą bądź "dla urody")
3. Jedna służąca kończy sznurować gorset markizy, druga natomiast pokrywa jej dekolt, szyję (w domyśle także i twarz) bielidłem (zawierało ono biel ołowianą, która nie tylko była niebezpieczna dla zdrowia, ale i dla urody - skóra osiemnastowiecznej elegantki używającej na co dzień owego specyfiku prezentowała się bez niego fatalnie!)
4. Bielidło tym razem nakładane jest na twarz wicehrabiego, który najwyraźniej wygląda bez niego tak źle, iż każe podczas wykonywania makijażu zasłaniać swe oblicze chusteczką. W tym czasie inny służący zajmuje się jego paznokciami.
5. Markiza, w koszuli i gorsecie (zwróćcie proszę uwagę na to, w jaki sposób prezentuje się w nim talia i biust), pozwala założyć na siebie stelaż panier, niezbędny element stroju à la francaise - panier (zwany w Polsce "rogówką") zapewniał spódnicy odpowiednią szerokość i kształt
6. Wicehrabia wybiera odpowiednie pantofle - ubrany jest w szlafrok, noszony zwykle na spodnie culottes i koszulę (spod szlafroka pokazanego w filmie wystają koronkowe mankiety - brawa dla twórców, za uwzględnienie tego szczegółu). W zestawie odpowiadnia czapeczka, noszona zwykle zamiast peruki.
7. Jako zwieńczenie zabiegów kosmetycznych - pachnidło. Pominięto jednak fragment dotyczący układania i pudrowania włosów, oraz stosowania innych kosmetyków - barwiczki, czy czernidła.
8. Wicehrabia wybiera jedną z wielu peruk spoczywających na ozdbnych stojaczkach.
9. Ubieranie markizy w suknię à la francaise. Służące zaszywają suknię na swej pani, przyszywając brzegi otwartego z przodu stanika do bawetu (ozdobnej trójkątnej wstawki, przyszywanej do gorsetu) - dokładnie tak jak czyniono to w osiemnastym wieku.
10. Pudrowanie peruki wicehrabiego z wykorzystaniem specjalnej, stożkowatej maseczki, uwielbianej wprost przez twórców rysunków satyrycznych. Dlaczego jednak bohater jest już całkiem ubrany? W osiemnastym wieku nikt by do tego nie dopuścił - przecież puder mógłby mu pobrudzić jego pięknie haftowany habit à la francaise!
11. Dzieło skończone - możemy podziwiać bardzo udane kostiumy wicehrabiego de Valmont i markizy de Marteuil w całej okazałości.
To tyle na dziś. Ciekawe czy toaleta Stanisława Augusta wyglądała podobnie? Cóż, tego się nie dowiemy, chyba, że ktoś wymyśli sposób na podróżowanie w czasie. Do tego czasu pozostaje nam tylko zdać się na źródła historyczne i własną wyobraźnię, ewentualnie wyobraźnie filmowców, dzięki której często potrafią oni stworzyć bardzo efektowną i realistyczną wizję dawnych epok.